Odszedł

Był roztrzaskany, jak sople.
Spadające z nieba, niczym krople.
W przepaść zakończoną wyciem.
Stad wilków o bladym świcie.
Opuszczony jak padający pies.
Odrzucony ze swojego stada bies.
Leżał pod wykluczonym drzewem.
Umierał z wyrwanym sercem.
Tęsknoty za ciepła promykiem.
Zmarźniętym na kość chomikiem.
Źrenice zamarzły jak skała.
W pieczarze losu marzeń chwała.

Świat wyrzeźbił własną dłoń.
Poczuł nosem dziwaczną woń.
Otworzył portal i przeszedł.
Na drugą stronę gwiazdy.
Gdzie słuch o mroku zaniknął.
Nadzieja swój blask zostawiła.
Gorący jak płynące żelazo.
Rzeka owiewała jego ciało.
Korzeń wystający z grobu.
Śmierć w głowie półwyrobu.
Wyznaczając grozę w duszy.
Niepokoju wszelkich suszy.

Prawie odszedł na zawsze.
Jeszcze tlił się w fajce głaz łzawsze.
Rozpalił stos wątłych planet.
Wlekących się przez wolę sonet.
Gorzkich zasolonych prawd.
Na koniuszku lat walki krzywd.
Tłukących się kryształów.
Rozpryśniętych wokół wyrazów.
Minionego słowa dźwięcznej sylaby.
Głosu wszelkich prawdziwości żaby.
Objawionych apetytu dźwięków.
Dzwonów bijących w twarz lęków.

Przyszedł zamyślony człowiek.
Usiadł na wielkim fotelu.
Pod oknem na oścież uwolnionym.
Słońcem zahaczającym o włosy.
Rozwartymi do rechotu policzkami.
Zwiniętymi w koło nogami.
Rękoma wzdłuż ułożonymi.
Dreszczami wokół serca.
Plecami na podparciu.
Stopami głośno uderzał.
Zaklaskał dłońmi kilkanaście razy.
Powiedział niewyraźnie bez frazy.

Uniósł się i wyszedł stąd.
Z tej diabelskiej jaskini.
Ciemnego zaułka ofiary.
Własnego cienia bez uroku.
Zapachu wonią z żelaza.
Na piachu zapisanego przeznaczenia.
Drobinek kurzu istnienia.
Genetycznego filozoficznego tła.
Krainy wiecznych objawień.
Fontanny dymu szarości.
Bezbarwnej w środku miłości.
Bladego okiełznania radości.
Komentarze
Prześlij komentarz